Dzięki Bogu – jestem kobietą.

Bóg stworzył mnie kobietą, kiedyś myślałam, że to za karę, dziś uważam inaczej. Bycie kobietą ma wiele zalet. Nie muszę udawać twardziela, gdy mnie na płacz zbiera. Gdy mam zły humor, na „chandrę” wszystko zrzucić. Śmiać się do siebie samej, gdy po raz kolejny wchodząc do sklepu, ciągne drzwi zamiast je pchać. Mogę też gadać do siebie, gdy potrzebuję rady eksperta.

Gdy mam „huśtawkę uczuć” – iść na ciastko z kremem lub kupić sobie kolejną parę butów. Jeśli chcę, mogę kupić sobie trzy bukiety kwiatów, nie wzbudzając tym podejrzeń żadnych, u nikogo. Gdy mnie szczęście rozpiera, można mi „skrzydła” sekatorem obcinać i tak to nic nie da.

Mogę sama siebie nie rozumieć i nie wymagać zrozumienia. Czuć się delikatną, kruchą , kobiecą, by później okazać się silną kobietą. Kobiecie wszystko wolno, najwyżej pomyślą, że wariatka. Nie muszę się tłumaczyć ze swojego zachowania, gdy intuicja kobieca mi coś podpowiada. Czuję się wolna i niczym „nieskrępowana”. Kiedy chcę mogę powiedzieć: „przepraszam jestem tylko kobietą”, wytłumaczenie, które zawsze pasuje facetom. Trudno mi sobie wyobrazić faceta, który zachowuje się w ten sposób, ktoś przecież musi być poważny w związku.

Każdego dnia się zmieniam i odkrywam to z zaskoczeniem, że fajnie jest być kobietą, o wiele bardziej niż facetem. Dziękuję Ci Boże, że mnie taką stworzyłeś. Tylko proszę Cię, daj więcej cierpliwości ludziom, którzy muszą mnie znosić na co dzień.


Przemijanie…

Czasami czuję, jak szybko ucieka czas. Przemijający moment, ulotność chwili, która nigdy już nie wróci. Trudno w to uwierzyć, ale każdego dnia nieubłaganie przemijamy. Pozostają tylko wspomnienia. Czas nieuchwytny, niewidoczny, ale najcenniejszy. Tylko on się liczy, gdy możesz go poświęcić komuś, na kim Ci naprawdę zależy. I ta świadomość, że nic nie trwa wiecznie. To wszystko kiedyś przeminie.

Wszystkie smutki i radości muszą się zgadzać. Ilość spotkań i rozstań musi do siebie pasować. Wszystko ma swój początek i koniec. Trzeba poczuć łzy i radość. Dlaczego czas nie stanie w miejscu, gdy są w życiu piękne chwile? Dlaczego ciągle z wiatrem powracają smutki i rozczarowania? Wszystko to już tylko wspomnienia…a życie przemija w tak szybkim tempie, ani się obejrzysz a przyjdzie czas na Ciebie.

Wszyscy przychodzimy tu tylko na krótki moment, który jak mrugnięcie okiem minie. Coś zrobić, coś poczuć, czegoś się nauczyć i odejść. Nie przywiązując się do niczego, by móc odejść bez żalu, byłeś tu tylko gościem.

W każdej „Księdze Życia”, czas jest dobrze policzony, a Boży zegar dokładnie go odmierza. Przyjdzie chwila, że Twoja „Księga Życia” się zamknie. Weźmiesz ją do ręki i pójdziesz na spotkanie z Bogiem, by spojrzeć wstecz i opowiedzieć, jak każdego dnia na ziemi przemijałeś…


Emocjonalnie łaknąc spokoju

Emocje. Dziwne uczucia, które potrafią zakrzywiać rzeczywistość. Wiesz, czasem czuję jakbym był zamknięty w papierowej klatce. Tak trudno jest z niej łatwo wyjść. Koleje losu oplatają mnie swoimi mackami doznań różnych. Banały zmieniają się w problemy i nie znikają, lecz trawią moją duszę. Woda, powietrze… Ogień! A ziemia na końcu… Boję się, że pomylę kolejność.

Nie zawsze wina musi być po stronie sprawcy. Refleksje odkładam na półkę z książkami niekoniecznie o życiu. Nostalgię noszę zawsze przy sobie. Sam jeden przeciw sobie. Czym sobie na to zasłużyłem? Kto odpowie? Boże? Nie. Nie ty… Walka z codzienną tęsknotą za normalnością zabiera mi wiele z mojej sumy oddechów. Nie pragnę zwycięstwa tylko równych szans na tym ringu przeznaczenia.

Emocje. Blaski i cienie. Smutki i radości. Banały i zawiłości. A za prostotę trzeba słono zapłacić. Danina dla wszechświata – dajesz mi żyć, a ja pozwolę sobie umrzeć. Ciężar łez potrafi przygnieść nawet najtwardszych. Mam taki plan do realizacji, żeby bez planu żyć, za to z ogromem miejsca i akcji. I chociaż nie idę przez życie samotny, w tej walce jestem sam


Byt określa świadomość, a raczej „wice versa”…

Czasami się zastanawiasz. Stawiasz na szali to co masz, to szczęście, spokój. Miłość. Czy ta pierwsza była prawdziwa? I co by było gdyby. A jeśli nie była prawdziwa, to może była na niby? Chyba nie. No ale. I kręcisz się dookoła własnych myśli nic nie wiedząc wcale. No skoro nie była to jest? Przecież jej nie ma. Jest inna. Prawdziwsza? No chyba. Bo nigdy się nie dowiesz. I nie chcesz. No ale i no chyba.

Bo gdyby tak wiedzieć co by było wtedy, a nie tylko te Szwedy czy co innego od biedy. To co wtedy?

Czy warto zawracać rzekę wspomnień tego nie wiem, ale nie sądzę. Czy żeby tworzyć sztukę trzeba być nieszczęśliwym? Czy podobno tak jest, że szczęśliwy poeta dobrego wiersza nie napisze? Tudzież pisarz prozy. Ale czy aby na pewno w dzisiejszych czasach jest jeszcze miejsce na rozterki duszy? Egzystencjalna podróż, karma dla umysłu. A może dzisiaj słowa układane są w plastyczne metafory bez głębi obrazu, acz dla głębi portfeli? Ilość lajków definiuje mój obraz. A gdzie moje uwolnienie? Kajdany rzeczywistości nakazują mi trwać w okowach doczesności. A moja dusza, a jakże nieszczęśliwa, pragnie wolności. Wznieść się ponad stan chodnika, bruku mojego życia i oddać się w ręce delikatniej rapsodii uczuć. Kawałek nieba tylko dla mnie i mojej myśli, pełnej pragnień.

Czasem czuję się artystą, a czasem jest mi wstyd kiedy czuję, że artystą chcę tylko być.


Mój Hogwart

Idąc ulicą, wiele osób spogląda w moją stronę. Niektórzy szepczą do siebie i wskazują (niby subtelnie) na mnie. Nie czuję się wtedy jak gwiazda. Dlaczego o tym piszę? O czymś, co niektórzy odbiorą zapewne za wylewanie żalu, chociaż tak nie jest. Dlaczego? Żeby powiedzieć, że istniało kiedyś magiczne miejsce. Mój Hogwart.

Nawiązanie do Harrego Pottera może wydać się śmiesznym i takie miało być w istocie, jednakże gdyby spojrzeć bliżej, podobieństwa się znajdą. Na przykład ja także spotkałem swoją miłość w tym miejscu, jak Harry w Hogwarcie poznał Ginny. Spędziłem tam też kawał życia. Dzieciństwa, czy okresu dojrzewania. No i wreszcie najważniejsze podobieństwo. To tam czułem się naprawdę sobą. Bo dookoła mnie byli ludzie tacy jak ja. Piszę o szpitalu w Polanicy Zdrój, który odwiedziłem dwadzieścia kilka razy, na różnego rodzaju zabiegach. Bez obaw, nie będę ich opisywał. Spotkałem tam masę ludzi z całej Polski. Usłyszałem ogrom historii. Widziałem tak samo wiele łez jak i uśmiechów.

Wydawać by się mogło, że o takim miejscu chce się jak najszybciej zapomnieć, ale nic z tych rzeczy. Ja tęsknię. Za murami. Ludźmi. Za poczuciem pełnowartościowości. Gdzie nikt nie postrzegał cię przez to jak wyglądasz, tylko przez to, jaki jesteś. Nikt nie oceniał twoich butów, spodni czy zasobów portfela. Nikt nie patrzył na ciebie jak na indywiduum.

Pamiętam jak kiedyś spotkałem dwie siostry, bliźniaczki, z tą samą wadą, co ja. Miały wtedy po siedemnaście lat i nie miały przyjaciół. Nie chodziły na imprezy. Były we dwie w domu z rodzicami. Wstydziły się siebie. Nie będę tu pisał, co ja robiłem w ich wieku (kto mnie zna ten wie), ani bawił się w moralizatora. Ale na Boga, jak to jest możliwe? Może, dlatego że ja miałem szczęście spotkać na swojej drodze dobrych ludzi, którzy ściągnęli mnie na złą drogę (złą w sensie buntu młodzieńczego, który w moim przypadku przybierał bardzo wyraźnie – niewyraźną formę), a one nie? Rozmawiałem z nimi długo, nie mogąc wyjść ze zdumienia. Jak? Jak to jest możliwe, że społeczeństwo było dla nich zamknięte? Nie ogarniam tego. Kilka lat temu widziałem je na szpitalnym korytarzu i powiem Wam szczerze, chyba dojrzały do bycia sobą. Gratuluję im z całego serca i trzymam za nie kciuki.

Mój Hogwart. Tak. Tam także istniały tajemne przejścia. Czy tajemnicze komnaty (sale), np. strych na czwartym piętrze, zamknięty na kłódkę. Każdy z nas miał tam swojego Snape’a czy Dumbledore’a. Każdy kogoś innego, bo nie da się lubić wszystkich jednakowo. I tam też działa się magia. Dużo magii. Dość powiedzieć, że kiedyś w TVP1 emitowano serial o tym miejscu pt. ”Klinika Cudów”. Cudów. Tak, to najlepsze określenie…

Tamtego szpitala już nie ma. Pozostał tylko budynek pełen wspomnień. Powstało nowoczesne Specjalistyczne Centrum Medyczne, jednak to nie to samo. Mój Hogwart to „stary szital”, gdzie łóżka pamiętały Gierka, a szafki Bieruta. Gdzie posiłki przywożono w garnkach i na talerzach, a nie na plastikowych tackach. A na dole była świetlica z telewizorem, gdzie kanały zmieniało się długopisem. Na trzecim piętrze była łazienka, gdzie wszyscy pacjenci palili papierosy, a windę można było otworzyć łyżką. Z okien widać było przepływającą rzekę i panoramę miasta, a latem na tarasie się opalaliśmy. Owszem, czasem bolało, a strach przed zabiegiem nie opuszczał nikogo, ale mimo to wszyscy byli tam dziwnie spokojni, bo mieli swoje miejsce na ziemi.

Dzisiaj chciałbym zapytać, jak to jest, że mój Hogwart nie istnieje dookoła nas, tylko w moich wspomnieniach? I nie chodzi mi o budynek. Jak to jest, że społeczeństwo dzieli nas na równych i równiejszych? Mój Hogwart.